Niemedyczne Hospicjum Domowe im. św. Rafała Kalinowskiego

Ludzie

krzysztof Kapelan Hospicjum – ks. Krzysztof Nowrot. Duszpasterz Akademicki , inicjator Towarzystwa Ciemnych Typów na Śląsku.

 

spiewak_rafal_DARZałożyciel Hospicjum i pierwszy Duszpasterz- ks. dr Rafał Śpiewak w latach 2007-2016 

Ur. 04.04.1973 r. w Siemianowicach Śl. W 1992 r. wstąpił do Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Katowicach. W 1998 r. przyjął święcenia kapłańskie. Od 1998-2003 pracował jako wikariusz w parafii pw. św. Marii Magdaleny w Tychach a następnie do 2006 r. w parafii pw. Niepokalanego Serca Maryi w Radlinie-Głożynach. W 2006 r. uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie historii na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Interesuje się historią Śląska, doktryną społeczną i polityczną Kościoła, logiką i metodologią ogólną nauk. Maluje obrazy (olej na płótnie), pisze wiersze. Wykłada na Politechnice Śląskiej, Akademii Ekonomicznej w Katowicach i Wyższej Szkole Humanistycznej i Ekonomicznej w Łodzi – Wydział Zamiejscowy w Wodzisławiu Śląskim. Motto kapłańskie: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście a Ja was pokrzepię” /Mt 11, 28/

Najważniejszym ludzkim powołaniem jest powołanie do miłości. Każdy człowiek chce być kochanym i pragnie kochać. Jeśli tego nie doświadcza to w efekcie w różny sposób cierpi. A przecież nosimy w sobie wielkie pokłady dobra. Czasem potrzeba tylko bodźca żeby to dobro odkryć i wprowadzić w czyn. „Nie miłujcie słowem i językiem, ale czynem i prawdą” – zachęca św. Jan Apostoł. Jedną z form okazywania i otrzymywania miłości jest posługa w hospicjum. Wszędzie tam gdzie jest miłość jest i nadzieja i chęć życia. To czego najbardziej potrzeba ludziom, którzy nas wyprzedzają do Domu Ojca. Ludzie chorzy terminalnie potrzebują różnych medykamentów, które można kupić w aptece, ale najważniejszym ich lekarstwem jest czas i obecność drugiego człowieka. Tego nie może zapisać na recepcie żaden lekarz. To zależy od wrażliwości i bezinteresowności każdego z nas. Ale dając też otrzymujemy. Są rzeczy, których nie można kupić za żadne pieniądze świata. A właśnie one są najcenniejsze. Szczera dłoń, wdzięczny uśmiech, pogodne spojrzenie, poczucie spełnienia i sensu życia. „Beze mnie nic uczynić nie możecie” – te słowa Pana Jezusa pozwalają nam ufać, że w każdym odruchu serca jest On. W Nim trwając, jesteśmy bliźnimi dla bliźnich.
Kiedy zostałem duszpasterzem akademickim w Rybniku w 2007 roku przyszła mi myśl o założeniu hospicjum domowego. Okazało się, że tego typu wolontariatu nie zainicjowano jeszcze w tym mieście. Chciałem podsunąć ludziom możliwość odnajdywania sensu życia w miłości do tych, którzy odchodzą. Ich mądrość i szczególne spojrzenie na doczesne problemy okazują się nieraz lekarstwem we współczesnym zagmatwanym świecie.

Wolontariuszka niemedyczna – Ewelina

Czy można robiąc niewiele dla innych, zrobić wiele dla siebie?
Taką możliwość daje mi opieka nad ciężko chorym. Co mi daje?
Więcej niż można oczekiwać- uśmiech na powitanie, uścisk dłoni, stęsknione oczekiwanie na moje przybycie, wdzięczność wyrażoną każdym gestem, ciepłe słowa, zapewnienie o modlitwie, ale przede wszystkim świadectwo życia- pełnego cierpienia, zmagania się z bólem, jednak bogatego w wiedzę, której ja nie posiadam. Choroba uczy chorego heroizmu walki o siebie, a mnie- wolontariusza, pokory i radości dawania. Co daję? Siebie swój czas, cierpliwość, chętne do pracy ręce.
Co robię? Zmywam naczynia, sprzątam, odkurzam, robię zakupy, rozmawiam, słucham, czeszę, myję, podaję posiłki, robię to wszystko, co w danej chwili jest potrzebne, czego oczekuje chory. Prozaiczne nie skomplikowane czynności, po prostu służba. Nie wymaga to wiele wysiłku, a daje tyle radości, bo mogę komuś pomóc, ulżyć w cierpieniu i mogę zobaczyć w czyiś oczach wdzięczność. Chory – mój podopieczny- staje się dla mnie kimś bardzo bliskim, ważnym i drogim, dlatego kiedy odchodzi, pozostaje ogromny żal, tęsknota. Zostaje również coś bezcennego – świadomość ogromnego daru, jakim było przebywanie z Nim, wdzięczność za kolejną lekcje życia i człowieczeństwa.

Koordynator działań skierowanych do chorych – Wolontariuszka Zofia

Jako wolontariuszka pragnę podzielić się z Wami tym, co daje mi towarzyszenie terminalnie chorym. Chodzę od 5 lat do chorych. Jak tylko powstało Hospicjum.

Co mi to daje? Towarzyszenie chorym uczy mnie pokory, innego spojrzenia na moje życie, przewartościowania swojego życia, ufności wobec tajemnicy cierpienia. Spoglądam na wszystkie rzeczy jako na to co przemija, bo wiem że kiedyś i ja przeminę wraz z nimi. Każde odejście jest inne. Przykładem tego są chorzy którym towarzyszyłam w ich ostatnich dniach a nawet godzinach ich życia. Osoby zanurzone w Bogu są wyciszone, spokojne, pogodzone z Wolą Bożą, pełne nadziei, z ufnością oczekujące na spotkanie z Bogiem. One wiedzą, że śmierć nie jest rozstaniem, ale spotkaniem z odwieczną miłością jaką jest Bóg. Dziękuję Bogu, że pozwala mi posługiwać chorym. Przynosi mi to ogromną radość, uczę się wartości życia, tego co najważniejsze, czyli MIŁOŚCI, ufności, bliskości drugiego człowieka, któremu mogę służyć.

Co robię: robię to, czego chory ode mnie oczekuje: sprzątam, robię zakupy, rozmawiam z chorym i słucham, słucham tego co ma mi do powiedzenia. Zmieniam opatrunki. Niejednokrotnie tylko siedzę i trzymam go za rękę, po prostu towarzyszę. Są to proste czynności ale jednocześnie służba. Nie wymaga to wiele wysiłku, a daje tyle radości, bo mogę pomagać, ulżyć w cierpieniu. Mogę zobaczyć w oczach chorego wdzięczność.

I tu mam zamiar podzielić się osobistym, konkretnym doświadczeniem, które dokonało we mnie przemiany – mimo to, że zawsze w moim życiu służyłam wszystkim, którzy potrzebowali mojej pomocy – to ta służba była inna. 5 lat temu poszłam z ramienia Hospicjum do pani Ruty. Miała wówczas 92 lata, była chora na raka piersi. Była bardzo pogodną osobą, nie narzekała, nie użalała się nad sobą. Zawsze mówiła „jak tak ma być, to niech tak będzie” – to jej słowa – niech się dzieje Wola Boża. Robiłam jej opatrunki piersi – najpierw była to mała rana. Co dzień patrzyłam jak się powiększa. Mijał czas, a rak robił spustoszenie na jej ciele – przerzucił się na drugą pierś, powstała jedna wielka rana, a Babcia (bo tak do niej się zwracałam) cichutko, spokojnie patrzyła jak robię jej opatrunki. Niejednokrotnie patrzyła mi głęboko w oczy jakby chciała zapytać czy daję radę, czy się brzydzę, bo rana była już bardzo cuchnąca. A ja nachylając się nad nią wyobrażałam sobie rany Jezusa i to dawało mi siłę, pomagało służyć. Babcia cicho, spokojnie cierpiała. Czekała aż nadejdzie ten ostatni dzień. Nie raz mówiła: „Pan Bóg o mnie zapomniał”. Pocieszałam ją mówiąc, że Bóg nie zapomniał, że w tym cierpieniu jest najbliżej Babci i bardzo Cię Babciu kocha. Babcia w tym swoim cierpieniu dojrzewała na spotkanie z Bogiem. Nauczyła mnie jak należy przyjmować i znosić cierpienie. Nieść dzielnie krzyż nie narzekając.

Chorzy stają się dla mnie kimś bardzo bliskim, ważnym, drogim. Oni wplatają się w moje życie, zostają w moim życiu, myślach na zawsze mimo to, że odchodzą. Zostaje również coś bezcennego – świadomość ogromnego daru jakim było przebywanie z nimi. Zachęcam wszystkich młodych i starszych, tych którzy mają wolny czas, a może nie wiedzą co z nim zrobić – ZOSTAŃCIE WOLONTARIUSZAMI. Wolontariat nie jest jedynie wyrazem dobrej woli, ale osobistym doświadczeniem spotkania Chrystusa w drugim Człowieku.

16 maja 2012

Wolontariusz niemedyczny – Piotr

Mam na imię Piotr, pracuję zawodowo jako operator maszyn. Kiedy moje dwoje dzieci dorosło stwierdziłem, że nie potrzebują już takiej opieki jak dotychczas i postanowiłem, że zrobię coś dla innych ludzi. Próbowałem we Wspólnocie Rodzin w Zakonie Franciszkańskim, ale czułem, że to nie jest to czego szukam. Pewnego dnia zobaczyłem plakat „Hospicjum Domowe potrzebuje wolontariuszy”. Poszedłem na pierwsze spotkanie i tak od prawie czterech lat jestem wolontariuszem Hospicjum Domowego im. św. Ojca Rafała Kalinowskiego. Idąc do pierwszego mojego chorego byłem pełen obaw: czy zostanę zaakceptowany, czy moja pierwsza wizyta nie będzie zarazem ostatnią, ale już po paru chwilach bycia razem okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Kiedy już musiałem iść do domu usłyszałem „posiedź jeszcze” i „kiedy przyjdziesz?” – i tak było zawsze.

Stasiek – bo tak miał na imię mój inny chory – po tym jak się dowiedział, że po prawie sześciu latach choroba nowotworowa powróciła – przestał wychodzić z domu, przestał jeść i bardzo mało mówił. Jedyny syn, który na stałe wraz z całą swoją rodziną przebywał za granicą chciał go zabrać do siebie, ale jego Ojciec nie był w stanie do odbycia takiej podróży. Wtedy zostaliśmy poproszeni o pomoc. Chodziliśmy do niego w trójkę, a nieraz i czwórkę – między innymi wolontariuszka, która z zawodu była psychologiem. Ku naszej ogromnej radości po paru miesiącach naszych wizyt Staśkowi całkowicie wrócił apetyt. Wreszcie zagościł uśmiech na jego twarzy. Nawet zaczął opowiadać dowcipy. Po prostu zaczął na nowo normalnie żyć. Jego kondycja – szczególnie psychiczna – poprawiła się na tyle, że zdecydował się na wyjazd na Wyspy Brytyjskie. Wraz z synem, synową i wnuczką spędzili święta Bożego Narodzenia i powitali nowy 2012 rok. Dziś wiem, że były to ich ostatnie wspólnie spędzone święta, ale wiem też, że jego synowi, który go bardzo kochał, pozostały wspomnienia z tych ostatnich dni spędzonych razem blisko siebie – co dla niego było bardzo ważne i czego zawsze pragnął.

Paweł – ostatni mój chory, o którym chcę opowiedzieć – miał raka krtani. Wtedy pierwszy raz w życiu zobaczyłem na własne oczy nowotwór, bo jego część była na zewnątrz po obu stronach szyi. Okazało się wtedy, jak ważne jest to byśmy w chorym widzieli Pana Jezusa, bo tylko wtedy nawet najgorszy widok nie spowoduje u nas chwili zawahania czy lęku przed zmianą opatrunku i bycia blisko takiej osoby. Wtedy też potrafimy ze szczerym, czystym sercem pełnym miłości opiekować się chorym. Jest to główna zasada w naszym Hospicjum, którą wszyscy staramy się kierować. Paweł nie mógł mówić ani jeść. Pisał mi na kartce co mam zrobić, czy podać. Od tamtego południa jak zobaczyłem, że strzykawką sobie wstrzykuje kawę z mlekiem bezpośrednio do żołądka przez rurkę wystającą z okolic brzucha nie ma dnia, w którym Bogu bym nie dziękował za to wszystko co mi dał, że mogę pracować i cieszyć się pełnią życia. My zdrowi ludzie nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego co posiadamy. Dopiero przez takie doświadczenia zaczynamy inaczej patrzeć na świat i ludzi.

16 maja 2012

Wolontariuszka niemedyczna – Ania

Do Hospicjum im. Rafała Kalinowskiego w Rybniku trafiłam jesienią 2010 r. Informację o tym hospicjum przeczytałam w „Gazecie Rybnickiej” i pomyślałam, że zaproszenie by dołączyć do grupy wolontariuszy tam działających skierowane jest również do mnie. Były pewne obawy, bo nie mam wykształcenia medycznego i nigdy nie miałam do czynienia z ludźmi ciężko chorymi. Przyjęto mnie jednak bardzo serdecznie z zapewnieniem, że jakakolwiek pomoc z mojej strony będzie mile widziana i nie musi być związana ściśle z opieką nad chorymi. Może to być na przykład pomoc przy organizowaniu różnych akcji (kiermasze, koncerty), podczas których zbierane są pieniądze na rzecz hospicjum.

Po kilku miesiącach „oswajania się” z myślą by wreszcie zaangażować się bardziej konkretnie, pani Danka – prezes Hospicjum, spytała czy mogłabym pomóc w opiece nad sparaliżowanym starszym panem. I tak trafiłam do domu pani Teresy i pana Rudolfa. Trafiłam do domu, w którym kochająca i bezgranicznie oddana żona opiekowała się schorowanym, sparaliżowanym starszym mężem. Ja i inne wolontariuszki zajmowałyśmy się codzienną toaletą pana Rudolfa oraz starałyśmy się wyręczyć panią Teresę w różnych domowych czynnościach, głównie w zakupach.

Bardzo szybko nawiązałyśmy kontakt z tym starszymi, cudownymi ludźmi. Zarówno pani Teresa jak i pan Rudolf okazali się ludźmi bardzo serdecznymi, pogodnymi, w wielu sytuacjach z poczuciem humoru. Pan Rudolf „Rudi” (tak go nazywała pani Teresa) śmiał się serdecznie z naszych żartów i głupich powiedzonek, oczywiście w momentach, gdy czuł się trochę lepiej. Z podziwem patrzyłam na człowieka tak bardzo doświadczonego chorobą (cukrzyca, rozrusznik serca, wylew a w konsekwencji paraliż prawej strony ciała i całkowite unieruchomienie w łóżku, a także brak możliwości porozumienia się za pomocą mowy) a tak pogodnego. Witał nas z uśmiechem i błyskiem w oku i nierzadko próbował nam coś powiedzieć. Z bólem serca patrzyłyśmy jak ten człowiek próbuje do nas zagadać, a niestety niewiele z tego wychodzi. Z opowiadań pani Teresy i innych osób, które znały pana Rudolfa przed wylewem wiedziałyśmy, że jest to człowiek szalenie wesoły, dowcipny, tzw. „dusza towarzystwa”. Stan pana Rudolfa stopniowo, ale konsekwentnie się pogarszał. Bywały momenty, że miałyśmy nadzieję na poprawę, ale niestety po 14 miesiącach od wylewu i krótkim pobycie w szpitalu, w którym lekarze nie byli w stanie już nic zrobić, pan Rudolf zmarł. Pani Teresa została sama, gdyż było to małżeństwo bezdzietne. Jednak więź, jaka pomiędzy nami się zrodziła nie pozwala zostawić nam jej samej. Staramy się utrzymywać z nią kontakt – dzwonimy, odwiedzamy i myślę, ze ta znajomość przetrwa, bo przeżyte chwile i to, czego tam doświadczyłyśmy nie były powierzchowne. Piszę w liczbie mnogie, bo rzadko byłam tam sama. Chodziłyśmy do pana Rudolfa we dwójkę, bo tego wymagała opieka nad tym chorym. Myślę, że wpłynęło to również na leprze poznanie się wolontariuszek między sobą oraz pewną więź między nami – wspólnie opiekowałyśmy się panem Rudolfem, przeżywałyśmy każde jego „wypowiedziane słowo”, każdą zaśpiewaną piosenkę, a później bardzo przeżywałyśmy jego pobyt w szpitalu i śmierć.

To do tej pory jedyne moje doświadczenie związane z opieką nad chorą osobą. Nie była to opieka specjalistyczna, a jedynie pomoc, ale dla osób, które przeżywają sytuacje trudne, a taką jest ciężka choroba bliskiej osoby, oprócz fachowej opieki ważna jest świadomość, że mają obok siebie kogoś, z kim mogą porozmawiać, komu mogą się wypłakać, kto choć trochę okaże im zainteresowanie. Dla mnie dodatkowo bardzo pozytywnym doświadczeniem byli ci starsi państwo, którzy pokazywali dzień po dniu jak bardzo są sobie bliscy, jak się kochają i tym samym przypomnieli mi moich wspaniałych, nieżyjących już od 20 lat Rodziców.

30 maja 2012

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Chmurka tagów

%d blogerów lubi to: